Recenzja Exposure 2010S2D AMP - Audio-Video

Podczas gdy inni producenci zalewają nas kolejnymi odświeżonymi wersjami wzmacniaczy, nieraz identycznymi jak poprzednie, Exposure nadal utrzymuje model 2010S2 w swojej ofercie. Exposure to najprostszy wzmacniacz w zestawieniu, standardowo nie ma on nawet przedwzmacniacza gramofonowego, który jest dostępny oddzielnie. Z wyglądu również odbiega od świecących niebieskimi diodami rywali. Tutaj mamy elegancką czerń i dyskretne czerwone diody (w wersji srebrnej są niebieskie). Zdecydowanie wolę to od czytelnego, ale irytującego wyświetlacza w Rotelu. Wspominając o testowanej konkurencji – oba wzmacniacze stanowią zwieńczenie swoich serii, są ostatnim krokiem przed szczytowymi produktami swoich firm. Łatwo postawić przed nimi wymagania: dobrze wyposażone, ambitne wzmacniacze, za jeszcze rozsądne pieniądze. Exposure to firma sporo mniejsza, przy skali „japończyków” z tego testu – wręcz manufaktura. Jej oferta również nie jest tak szeroka. Czym więc przekonać ma nas, użytkowników, ten wzmacniacz? Oczywiście – dźwiękiem. Ale jest coś jeszcze: oszczędność energetyczna, która jest pochodną prostoty oraz małego prądu spoczynkowego tranzystorów końcowych. Efekt: zaledwie nieco ponad 12 W poboru mocy przy braku obciążenia, czyli 2,5-3 razy mniej niż w przypadku rywali. A to przecież też klasa AB!

Firma Exposure jest znana i ceniona, choć znajduje się nieco w cieniu bardziej znanych rywali. Pamiętając niezwykle udany odtwarzacz, o którym wspominałem, podszedłem do odsłuchu z ciekawością i nadzieją, że ta klasyczna integra pokaże japońskim młodzikom, iż jeszcze jest w niej ogień. Są urządzenia, które wymagają wiele godzin odsłuchu, aby je poprawnie scharakteryzować. Tymczasem 2010S2 bardzo szybko odkrywa swoje karty – jest to wzmacniacz, który albo się kocha, albo nienawidzi. Główna energia i całe życie w muzyce na nim odtwarzanej znajduje się w wysokich tonach. Włączenie 2010S2 zaraz po Marantzu było niemal szokujące – jak wiele informacji w tym zakresie 2010S2 pokazał. Wysokie tony były holograficzne, kryształowe, ale nie szkliste. Nie pamiętam, kiedy słyszałem tak dobre dzwoneczki i blachy na wzmacniaczu z tego przedziału budżetowego. Po pierwszym wrażeniu szybko można dojść do wniosku, że to zabieg celowy. Góra pasma jest podkręcona, ale zrobiono to w bardzo umiejętny sposób. Wraz z nią prym wiedzie żwawy i sprężysty bas, co nadaje całości energetyczny i wesoły charakter. Można by powiedzieć, że to przeciwieństwo Marantza, tam gdzie „japończyk" się powstrzymywał, tam Exposure chętnie popuszcza pasa. Zdarza się, rzecz jasna, chwila naturalnej ostrości tam, gdzie powinna się ona znajdować. Swoje spektakularne „ja” Exposure doskonale pokazywał na jednym z moich ukochanych albumów: ścieżce dźwiękowej do „Gwiezdnych Wojen”. Kompozycje Johna Williamsa rozbrzmiewały świeżym i dużym dźwiękiem, zaskakującym niemal w porównaniu z posturą tego wzmacniacza. Wrażenie kojarzyło się z dobrym kinowym nagłośnieniem. Balans tonalny układa się w kształt litery „u”.

Czytaj pełną recenzję na stronie internetowej magazynu Audio-Video