Recenzja Exposure 1010 AMP+CD - Hi Fi i Muzyka

Exposure to firma z tradycjami. Jest znana głównie z audiofilskich wzmacniaczy, które zyskały opinię „Krella dla ubogich”. Warto dodać, że to określenie powstało czasach, gdy konstruktorom Krella nawet się nie śniły wzmacniacze zintegrowane, a ich klocki uchodziły za ekstremalny hi-end.

Nie znam historii Exposure’a, ale ofertę z lat 90. pamiętam doskonale. Składała się z kilku modeli oznaczonych rzymskimi cyframi. Dzisiaj została z niej tylko jedna integra XXXV o mocy 160 W (około 10000 zł), za to po obu stronach cennika urosły nowe pozycje, spełniające potrzeby praktycznie każdego osłuchanego melomana.

Wrażenia odsłuchowe

Od sprzętu za 2000 zł wymaga się, aby grał w miarę porządnie, nie kaleczył uszu albo przeciwnie – nie produkował zamulonego, „ciepłego” brzmienia, w którym giną szczegóły. Jeżeli dźwięk uznamy za poprawny i znośny na dłuższą metę, wypada tylko posłuchać jeszcze dwóch, trzech konkurentów, choćby dla świętego spokoju. A potem sięgnąć do portfela i nie dyskutować o rabatach albo kabelku gratis, bo po prostu nie wypada. 
Tymczasem Exposure zachowuje się jak rasowy system, który na początku wydaje się ze wszech miar poprawny. Potem dostrzegamy, że ma własny charakter. Natomiast w dalszej perspektywie czekają nas niespodzianki, bo odkrywamy, że albo komuś coś się pomyliło, albo trafiliśmy bingo. O ile ostatnie obserwacje nie mijają się z prawdą, o tyle poprzednia, wraz z upływającymi godzinami słuchania, okazuje się fałszywa.
„Brak charakteru” w tym segmencie cenowym oznaczałby dość płaski i jednostajny dźwięk, do którego trudno się przyczepić, mając w pamięci ilość wydanych złotówek. Problem jednak w tym, że ani odtwarzacz, ani wzmacniacz nie pasują do określonych ram (2000-4000 zł) w rankingu. To, co początkujący meloman odbierze jako wszechobecny spokój i dystans, szybko okaże się niespotykaną w budżetówce kulturą. I już po kilku dniach wiemy, że mamy do czynienia ze sprzętem dla doświadczonych odbiorców.
Zacznę od cechy, która warunkuje nie tylko pierwsze wrażenie, ale także wpływa na to, jak szczęśliwy posiadacz będzie postrzegać brzmienie systemu przez najbliższe lata. Chodzi o przestrzeń. Jak na elektronikę z tej półki, jest sensacyjna. Przypomina raczej dobrze skonstruowaną lampę niż tani tranzystor. Scena rozciąga się za tylną ścianę, a w nagraniach z „efektami specjalnymi”, jak słynna solowa płyta Watersa – z boku, z tyłu, jak to sobie producent muzyczny wymyślił. Głośniki potrafią zniknąć, a scena pozostaje uporządkowana i obszerna. Zaskakujące dla mnie było, że tania elektronika nie ogranicza możliwości Tempo VI i pozwala im w miarę swobodnie rozwinąć skrzydła. No dobrze, ale dlaczego ma to aż tak wielkie znaczenie dla całokształtu?
Z prostej przyczyny. Urządzenia grające ściśniętym pierwszym planem, stłaczające dźwięk na niewielkim obszarze, na początku odsłuchu sprawiają wrażenie bardziej bezpośrednich, dynamicznych i w ogóle – „hej, do przodu”. Skoncentrowana pigułka decybeli wydaje się bardziej energetyczna i nasycona mocą. Tutaj jednak musimy na chwilę zamknąć oczy i wszystko staje się jasne. Wrażenie jest takie, jakbyśmy wyszli wprost z ciasnego studia do sporej sali koncertowej, a więc siłą rzeczy wszystko staje się lżejsze, czasem bardziej oddalone, po prostu rozcieńczone większą ilością powietrza. Teoretycznie tracimy na masie, ale zyskujemy na kilku dodatkowych aspektach. Pierwszy to swoboda i lekkość grania. Nie byłoby jednak o nim mowy, gdyby nie druga, wyróżniająca się cecha systemu Exposure: przejrzystość.
Tutaj po raz kolejny stajemy przed jakością niezmiernie rzadko spotykaną wśród budżetowych klocków. Szczegóły są czytelne i nawet w takich skomplikowanych aranżach, jakimi epatują albumy Dream Theater, słyszymy instrumenty osobno, podobnie jak głosy w chórkach. Odbywa się to na dodatek przy braku jazgotu w górze pasma. Exposure gra w tym zakresie tak, jakby sam nie miał świadomości tego, ile kosztuje i… się zapomniał. Bo wręcz wypada, aby od czasu do czasu skaleczył ucho, a tu nic. Talerze czyste i dźwięczne, skrzypce bez nalotu, głosy otwarte na alikwoty i ogólnie panujące wrażenie jedwabistości. Choć góry dużo, oj dużo.
Podobnie ze średnicą. Może jeszcze trudno nazwać ją lampową, ale ma w sobie odrobinę ciepła, co nie przeszkadza jej nasycać dźwięku niuansami, zwykle ginącymi w natłoku wrażeń.
Mamy więc tutaj połączenie dwóch cech wykluczających się przy ograniczonym budżecie: czytelności i kultury. Ta ostatnia jest przeznaczona dla osób wrażliwych na piękno dobrze zrealizowanych nagrań. Jeżeli jesteście na nie czuli, to trudno będzie Was zaspokoić przy ewentualnej wymianie sprzętu. Exposure stawia poprzeczkę chyba zbyt wysoko, bo następny upgrade będzie kosztował słono.
Dla wielu osób ważniejszy będzie jednak bas. I tutaj czeka nas spore zaskoczenie, bo Exposure pokazuje go inaczej niż większość konkurencji. Wiele będzie zależeć od kolumn, bo kiepskie polegną i zepsują wrażenie. Brytyjskie (choć wyprodukowane w Malezji) klocki nie koncentrują się na jego wyższym zakresie i nie eksponują najbardziej efektownego zakresu 50-100 Hz. Traktują go w sposób bardziej wyrównany. Podkreślają raczej to, co się dzieje niżej, na samym skraju pasma, przez co głośniki o ograniczonych możliwościach tego po prostu nie pokażą i powiecie, że basu jest mało. Trochę w tym prawdy, bo wzmacniacz nie dysponuje siłą młota Thora i jednostajnie dudniący tranzystor wygra w kilkuminutowym odsłuchu. Exposure rekompensuje to zaskakującą, głęboką, masującą brzuch podstawą harmoniczną, ale żeby to usłyszeć, trzeba, jak to mówią: popłynąć finansowo. 
Podobne wrażenie czeka nas w przypadku dynamiki. Dźwięk „jedynek” w odniesieniu do innych urządzeń w tej cenie możemy odebrać jako cichszy. Ale to akurat nie problem, bo wystarczy przekręcić gałkę w prawo, a wtedy zauważamy, że jest nieporównanie bogatszy.
Za to przy cichym słuchaniu nie odczuwamy dyskomfortu, polegającego na zamazaniu szczegółów i ogólnym spłaszczeniu. Exposure nie potrzebuje wysokiego poziomu głośności, aby się „otworzyć”. Zaprasza do słuchania od początku skali.
I fortepian ma tę przypadłość, że brzmi jak fortepian, klarnet jak klarnet, a skrzypce – jak skrzypce. Dzięki temu słuchanie się nie nudzi. Która to by już była zaleta, bo się trochę w tym liczeniu zgubiłem?

Czytaj pełną recenzję na stronie internetowej magazynu Hi Fi i Muzyka