Recenzja Exposure XM5 - StereoLife

Jako były posiadacz integry 2010 S2, poczułem się jakby odwiedził mnie stary, dobry znajomy. Zrzucił trochę kilogramów i kupił sobie kilka fajnych gadżetów, ale to wciąż ten sam Exposure. Zmniejszona obudowa robi bardzo dobre wrażenie. Jak zwykle w przypadku tego typu urządzeń, ograniczenie powierzchni przedniego panelu odbyło się koszem głębokości. XM5 nie jest więc połówką standardowego wzmacniacza, bo wspomniany 2010 S2 mierzy dokładnie 30 cm głębokości, a XM5 - 36,3 cm. Na pewno nie jest to rekord świata, ale ostrzegam, bo w niektórych sytuacjach może to być podchwytliwe. Patrząc na zdjęcia można dojść do wniosku, że mamy do czynienia ze sprzętem, który wciśnie się w każdy regał z książkami, ale to tylko pozory. To samo dotyczy masy. Powiecie, że 5 kg to stosunkowo mało? W porównaniu z potężnymi końcówkami mocy na pewno, ale weźcie pięć kilo ziemniaków i potrzymajcie dłuższą chwilę. Jak na takie urządzenie, to całkiem niezły wynik, a 2010 S2 waży tylko dwa kilogramy więcej. Osobiście uważam, że brytyjscy projektanci wykonali krok w dobrym kierunku, bo w ich starszych integrach było mnóstwo pustej przestrzeni. Wystarczy znaleźć rozbierane zdjęcia w sieci. Wielka płytka z długimi ścieżkami ciągnącymi się od gniazd aż do selektora wejść i potencjometru, do tego dwa duże kondensatory i trafo zamontowane na własnym placyku. Aż się prosiło aby ktoś złożył ten wzmacniacz na pół i mam wrażenie, że dokładnie tym jest XM5. Wystarczy porównać opisy obu modeli. Mają nawet transformator o takiej samej mocy, choć w 2010 S2 bipolarne tranzystory Toshiby dostarczają nieco więcej mocy. Może dlatego, że Exposure przykręca je bezpośrednio do obudowy, co eliminuje potrzebę stosowania radiatorów i wiercenia otworów w pokrywie. W mniejszej puszce, którą wzmacniacz musi dzielić z modułem DAC-a, efektywne oddawane ciepła jest na pewno trudniejsze i domyślam się, że właśnie dlatego XM5 ma o 15 W mniej. Tak czy inaczej, to wciąż mocny wzmacniacz, który powinien wysterować większość dostępnych na rynku kolumn.

Wszystkie wzmacniacze Exposure'a, z jakimi się do tej pory zetknąłem prezentowały dość charakterystyczny dźwięk oparty na energii, rytmie, przejrzystości i dynamice. Nie miało to nic wspólnego z brytyjską flegmą. Wręcz przeciwnie. Sprzęt tej marki zawsze grał tak, jakby chciał maksymalnie skrócić dystans między naszym fotelem a muzyką. Nie przypominało to obserwowania walki bokserskiej z bezpiecznej odległości. Ta estetyka bardziej kojarzyła mi się ze staniem pod samym ringiem, gdzie wszystko widać bardzo dokładnie i ma się nie tylko wrażenie uczestniczenia w całym wydarzeniu, ale wręcz pewnego niebezpieczeństwa. Brytyjscy inżynierowie wybrali drogę zmierzającą do przekazania słuchaczowi prawdy o nagraniach, choćby nawet chwilami miała być nieprzyjemna. Kwintesencją tego firmowego grania była dla mnie integra 3010 S2. Wzmacniacz trzymający kolumny żelazną ręką. Taki tańszy odpowiednik Krella, w swojej cenie prawdziwy cios. 2010 S2 był niewiele gorszy. Bardzo dobrze panował nad dźwiękiem i robił co mógł, aby odsłuch był niezwykle angażujący. W opisach zamieszczonych na stronie producenta było więc sporo prawdy. Exposure po prostu ustawiał nas na kursie kolizyjnym z muzyką i wystawiał nas na jej bezpośrednie działanie.

Włączając testowaną integrę, nie spodziewałem się niczego innego. Przygotowałem się na szybki, realistyczny dźwięk oparty na rytmicznym basie, czytelnej średnicy i nasyconej detalami górze pasma, z precyzyjną stereofonią i lekko sterylną barwą. Odpaliłem muzykę, podniosłem gardę i czekałem na pierwszy cios. Hmm... Czyżby jednak i tutaj zaczęło się coś zmieniać? XM5 zagrał naturalnie, równo, przestrzennie, ale też całkiem przyjemnie. Zaraz, jak to? Czyżbym coś źle ustawił? Po dokładniejszym zbadaniu sprawy okazało się jednak, że ten wzmacniacz po prostu tak gra. Sprawdziłem go z innym źródłem, innymi kolumnami i innym okablowaniem. Moje pierwsze obserwacje tylko się potwierdziły. Nie chodzi mi o to, że testowana integra nie dysponuje odpowiednią dynamiką ani przejrzystością. To wszystko również tu odnajdziemy, ale odsłuch nie przypomina oglądania miażdżącego reportażu lub filmu dokumentalnego, po którym musimy sobie odpocząć. Czujemy się bardziej jak podczas słuchania dobrze nagłośnionego koncertu, ale nie z perspektywy pierwszego rzędu, tylko ciut dalej. Trochę swobodniej i bezpieczniej. W każdym razie nie aż tak dosadnie, jak się spodziewałem. Oczywiście to wciąż Exposure, ale w innym, bardziej ludzkim i lekkostrawnym wydaniu.

Czytaj pełną recenzję na stronie internetowej magazynu StereoLife