Recenzja Exposure 2010S2 AMP+CD - Hi Fi i Muzyka

W świecie hi-fi kraj pochodzenia sprzętuodgrywa dużą rolę. Mówimy o niemieckich samochodach, włoskich winach, japońskich telewizorach czy francuskich filmach. Dla audiofilów krajem o szczególnym znaczeniu jest Wielka Brytania. Oczywiście nie tylko tam wytwarza się sprzęt grający, ale samo pojęcie „hi-fi” i świadomość, że muzyki nie słucha się na tanim zestawie kina domowego, wydaje się wśród Brytyjczyków wyjątkowo silnie zakorzenione.

Napis „Made in England” na tylnych ściankach to dla Exposure’a za mało. O swoim rodowodzie firma przypomina na każdym kroku. Nawet do zabezpieczenia pudełek użyto nie taśmy klejącej, lecz eleganckich naklejek z brytyjską flagą.

 

Brzmienie

Kto po brytyjskim sprzęcie spodziewa się uwypuklenia pierwszego planu, lekkiego ocieplenia połączonego z dominacją środkowej części pasma i podobnych cech, po pierwszym kontakcie z 2010 S2 może doznać lekkiego wstrząsu. Urządzenia do bólu minimalistyczne i zbudowane w zgodzie z tradycyjnymi recepturami, na dodatek wprowadzone na rynek wiele lat temu (różnice między 2010, 2010 S i 2010 S2 są kosmetyczne) od pierwszych minut zagrały z iście młodzieńczą werwą. Dźwięk był dynamiczny, koncertowy i bardzo przejrzysty. Ten niepozorny wzmacniacz, to niewielkie pudełeczko ważące 7 kg w jednej chwili posłało do podłogowych Audio Physików potężną dawkę mocy i pokazało, kto teraz będzie rządził.
Tempo VI są wymagające wobec elektroniki, zarówno pod względem zapotrzebowania na prąd, jak i jakości brzmienia. Byłem przygotowany na to, że z brytyjskim systemem zagrają na pół gwizdka, pokazując jego niedoskonałości. Gdzie tam! Gruchnęły pełną parą, z całym zapasem dynamiki, świetną stereofonią i rozdzielczością, a także głębokim, potężnym basem. Wiele nietypowych systemów już słyszałem, ale rezultat połączenia Exposure’a z AP przerósł moje oczekiwania. Żeby wzmacniacz za 3700 zł sterował trójdrożnymi kolumnami kosztującymi 12600 zł z taką pewnością siebie, a na dodatek nie dał się przyłapać na ewidentnych błędach? Duży szacunek.
Ponieważ pierwsze wrażenia okazały się zachęcające, zacząłem analizować brzmienie z jeszcze większą dokładnością i przerzucać kolejne płyty. Po kilku dniach słuchania miałem jednak niewiele uwag.
Brytyjski system gra dźwiękiem szybkim i uporządkowanym. Przejrzystość wynika tu nawet nie z krystalicznej czystości średnich i wysokich tonów, ale właśnie z błyskawicznej reakcji na impulsy. Barwa chwilami bywa szorstka. Jestem też w stanie wyobrazić sobie we wzmacniaczu za podobne pieniądze lepszą obróbkę detali i bardziej eleganckie wykończenie krawędzi. Słuchając Exposure’a miałem wrażenie lekkiej nerwowości, ale nie sposób zaprzeczyć, że 2010 S2 potrafi przykuć uwagę. Wali prosto z mostu, uwalniając pokłady dynamiki i szczegółowości, niezależnie od repertuaru.
Niskie tony okazują się niemal subwooferowe. Brytyjczyk nie stosuje sztuczek z podkreślaniem środkowego zakresu tej części pasma, żeby słuchacz odniósł wrażenie mocnego uderzenia. Przeciwnie – wydawało mi się nawet, że średni bas był odrobinę wycofany, a większość pary szła w niskie pomruki. Może to być trochę zdradliwe, jeśli do systemu zostaną podłączone monitory z ograniczonym basem. Wyobrażam sobie nawet, że w nieodpowiedniej konfiguracji owo subwooferowe zejście nie zostanie nawet dostrzeżone. Nie obawiajcie się więc podłączać do S2 dużych podłogówek. Mocy raczej mu nie zabraknie, a bonusem może być głębokie basisko. Wcale nie przesadzam – w teście Exposure wydobył z siebie pomruki równie głębokie, co Electrocompaniet ECI-5. Szybkość? Wystarczająca. Nie jest to najszybszy bas na świecie, ale chyba nie powinien taki być. Głębokie i nieco zmiękczone niskie tony to znakomita przeciwwaga dla szybkiego zakresu średnich i wysokich tonów. Gdyby bas był płytszy i szybszy, całość mogłaby się okazać męcząca.
Jeżeli chodzi o stereofonię, brytyjski system pokazuje znacznie więcej w wymiarze szerokości niż głębi. Scena zaczynała się pół metra przed linią łączącą kolumny i kończyła metr-dwa za nią. Nie udało się też uniknąć efektu perspektywy zbieżnej. Czytelne były natomiast kontury instrumentów na pierwszym planie. Z łatwością można było określać pozycje źródeł pozornych. Dźwięki były też odpowiednio rozstawione; dzieliło je sporo wolnego miejsca. Oczywiście, można by sobie życzyć więcej powietrza, ale pamiętajmy, że nie słuchamy sprzętu aspirującego do miana hi-endu, tylko w miarę przystępnego cenowo brytyjskiego hi-fi.
Bez cienia wątpliwości pochwała należy się też za to, że Exposure przekonał Audio Physiki do zniknięcia z pokoju. Sprzęt musi być wystarczająco dobry, żeby Tempo VI naprawdę wyparowały i tak się stało. To, że zabrakło mi powietrza i głębi, to tylko drobne zastrzeżenie, o którym wspominam głównie z chęci zbalansowania zachwytów i tego, że porównuję 2010 S2 z droższymi urządzeniami. Zresztą – w pełni na to zasługuje.
Ponieważ dobrze się słuchało systemu w całości, przez dłuższy czas nie oddzielałem od siebie obu elementów. Kiedy jednak postanowiłem przesłuchać je osobno, okazało się, że znacznie mocniejszym ogniwem jest wzmacniacz. Jako że za większą część sukcesu zestawu odpowiada integra, zachęcam do eksperymentów. Odtwarzacz nie jest zły i w tej kategorii cenowej wydaje się rozsądnym wyborem. Jeżeli ktoś ma do wydania 8 tysięcy na elektronikę, śmiało może przy nim pozostać. To wzmacniacz jest na tyle dobry, że spokojnie można go włączać do systemów, w których inne elementy kosztują znacznie więcej. Przykład współpracy z Tempo VI pokazuje, jak duży potencjał drzemie w tej skromnej skrzyneczce. Integra 2010 S2 będzie się dobrze czuła nawet w towarzystwie takich kolumn i odtwarzacza klasy Primare CD31. Nie należy jedynie przesadzać z ostrością. W nieodpowiedniej konfiguracji Exposure może zagrać zbyt agresywnie. Jeśli natomiast uda się trafić z kolumnami i okablowaniem – będzie więcej niż dobrze.

Czytaj pełną recenzję na stronie magazynu Hi Fi i Muzyka